Nie taki diabeł straszny, czyli ciąża nieplanowana

Kilka dni temu minęło 2 lata, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Niby nowina żadna, gdyby nie fakt, że ciąża była zupełnie nieplanowana, czyli, nazywając rzeczy po imieniu, zaliczyłam klasyczną wpadkę. 
Nie będę ukrywać, że skakałam pod sufit z radości. Nie będę nikomu mówić, że od razu pobiegłam kupić małe buciki, które później położyłam mężowi (wtedy jeszcze narzeczonemu) na poduszce. I nie będę też mówić, że od razu pokochałam moje dziecko. Nie.
Miałam zupełnie inny plan na moje życie. Myślałam, że mam wszystko pod kontrolą, a moje życie biegnie dokładnie takim torem, jaki sobie wyznaczyłam. Jest jasno ukształtowany – najpierw praca, ukończenie studiów, później jeszcze trochę pracy i dopiero dziecko. Czyli, według tego planu, dziecka powinnam się spodziewać za rok. Tymczasem mam roczne dziecko.
W zasadzie z informacją o ciąży oswajałam się prawie 3 dni. 3 dni płakałam i żyłam nadzieja, że może jednak, w jakiś magiczny sposób, test się pomylił. Ale się nie pomylił i patrząc na to teraz, z perspektywy czasu, powiedzenie ‚nie taki diabeł straszny, jak go malują’ ma jakiś sens. Bo faktycznie tak strasznie nie jest i w sumie nie było, a wszystkie rzeczy, których się obawiałam, ułożyły się same. Naprawdę, same.
W zasadzie moje obawy dotyczyły kwestii finansowych i pracy. No i studiów, które kończyłam, w które moi rodzice dużo zainwestowali, i na które musiałam dojeżdżać 200km. Studia, które były już na finiszu, a na termin składania pracy magisterskiej, przypadał poród. To wszystko przerażało mnie dużo bardziej niż fakt, że za 9 miesięcy w moje ręce wpadnie mała istotka, za którą będę w pełni odpowiedzialna i ktorej trzeba zapewnić najlepszy byt na świecie.
I kiedy już oswoiłam się z tą myślą i naprawdę zaczęłam się cieszyć tym wszystkim, uświadomiłam sobie, że żadne pieniądze ani bogactwo, żadne wykształcenie ani najlepsza praca na świecie nie zapewnią dziecku tego, co MIŁOŚĆ. I że można być biednym, ale dziecko dzięki tej miłości jest bogate. Czuje się chciane i akceptowane. Czuje się ważne i w zasadzie nie odczuwa, że u rodziców w portfelu jest dużo mniej pieniędzy niż u innych kolegów.
Ktoś mógłby mi tu zarzucić, że jestem taka cwana i mądra, bo nie byłam w ciąży mając lat naście, tylko 24. Jasne. Zgadzam się z tym. Ale znam mamy, które w młodym wieku zostały mamami i radzą sobie świetnie. Odważę się nawet stwierdzić, że radzą sobie lepiej ode mnie, jeszcze bardziej cieszą się macierzyństwem i wcale nie mają poczucia zmarnowanego życia czy niewykorzystanych szans.
Dziecko kończy pewien etap naszego dotychczasowego życia, ale zaczyna coś zupełnie nowego – dzikiego i nieprzewidywalnego. I, wierzcie mi na słowo, podjęcie decyzji o dziecku jest bardzo trudne, bo nigdy nie ma na nie dobrego czasu. Zawsze jest coś – studia, kariera, brak mieszkania albo kredyt. I teraz, po tych dwóch latach, kiedy moje dziecko smacznie śpi i przybrało twarz anioła, stwierdzam, że ta wpadka była jedną z najlepszych rzeczy, która mnie w życiu spotkała i mam to, co jest w życiu najważniejsze – bezgraniczną i szczerą miłość. ❤
Ściskamy,
Karo i Borys.

Guilty pleasures – czyli co robi mama, kiedy nikt nie widzi?

zdjecie-na-blog

Kiedyś przeczytałam podobny wpis u Styledigger i zaczęłam intensywnie myśleć nad tym, jakie ja skrywam „wstydliwe przyjemności”. Wiecie, takie rzeczy, które robimy, ale których trochę się wstydzimy, ale mimo wszystko robimy je dalej, bo są takie przyjemne.

Gotowi? Zaczynamy!

1. Śpiewam do pilota.
Robię to namiętnie od zawsze. Teraz już nawet się z tym nie kryję przed moim mężem i synem. Po prostu włączam moje ulubione piosenki (wymaganie: muszę znać cały tekst), biorę pilot i… zaczynam koncert!
Naprawdę uważam, że moje miejsce powinno być na scenie (w pewnym sensie się spełniam – jako nauczyciel zdecydowanie często jestem w centrum uwagi, tylko publiczność bywa różna), ale z niewiadomych przyczyn Bóg nie obdarzył mnie głosem. Ani żadnym innym talentem, który mogłabym na scenę przenieść.

2. Mówię sama do siebie. Po angielsku.
Kiedyś tata mi powiedział,że czasem warto z kimś mądrym porozmawiać. Zatem s’il vous plâit, znalazłam idealnego kompana. Po pierwsze odpowiada dokładnie w taki sposób, w jaki bym sobie tego życzyła, w dodatku mówi po angielsku. Z tym angielskim to chyba bardziej zboczenie zawodowe i potrzeba mówienia po angielsku, szczególnie w długich przerwach od nauczania, żeby, po prostu, nie wypaść z rytmu. Ale po polsku też do siebie mówię, także chyba powinnam się z tym gdzieś zgłosić.

3. Udzielam wywiadów, bo jestem znaną doktor nauk humanistycznych.
Skoro już się przyznałam, że mówię sama do siebie, rozmawiam sama ze sobą i doskonale siebie rozumiem, to przyznam się od razu, że często ‚udzielam’ wyimaginowanych wywiadów, jako poważana pani doktor nauk humanistycznych w dziedzinie kultury amerykańskiej. Każdy kto mnie dobrze zna wie, że doktorat to moje marzenie (na które, niestety, nie mam funduszy), a kto mnie zna jeszcze lepiej ten wie, że chciałabym zasłynąć w świecie czymś fajnym i pożytecznym. Żeby ludzie cenili sobie moją wiedzę i zaangażowanie w mój zawód. O!

4. Prowadząc samochód, wyobrażam sobie, że…
… że śmigam ulicami Kalifornii, a nasz poczciwy Opel, to tak naprawdę odjechany kabriolet, a ja mam rozwiany włos, który wcale nie staje się czesaną wiatrem czupryna a’ la Bridget Jones. Myślę, że to sprawka zbyt wielką miłością do serialu, który leciał na MTV ‚Laguna Beach’, a swoją kontynuację miał pod nazwą ‚The Hills’ z czarującą Lauren Conrad w roli głównej.

5. Często się zastanawiam, co by było ‚gdyby’.
To akurat jest trochę ciężkie ‚guilty pleasure’, bo bywam trochę uwięziona w przeszłości, jak postaci z powiesci Faulknera. Często rozmyślam, co by było gdyby – gdybym poszła inną drogą, poznała innych ludzi, zaryzykowała, poszła pod prąd albo wcześniej przejrzała na oczy, w niektórych kwestiach. Albo się zastanawiam, jaką bym była nastolatką, mając taką wiedzę o życiu, jaką mam teraz.

Z drugiej strony, lubię sobie wyobrażać życie ludzi, których podziwiam i zastanawiać się, jak to by było być nimi przez jeden dzień. Ech.

6. Czasem czytam po rosyjsku i opowiadam Borysowi rosyjski wierszyk.
No z powołaniem filologa się nie wygra, definitywnie! Język rosyjski jest zdecydowanie moim ulubionym. Nie jestem w nim bardzo biegła, mogłabym rzec, że więcej już nie pamiętam niż pamiętam, ale uwielbiam brzmienie tego języka – ta miękkość, i ta ‚słowiańskość’. Odlot.

7. Namiętnie oglądam ukochane filmy/seriale.
Każdy już wie, że jeśli w telewizji leci Kogel Mogel, a ja nie jestem o tym poinformowana, to natychmiast trzeba mnie uświadomić. To samo, jeśli leci ‚Masz wiadomość’. Dialogi znam na pamięć i nic mi nie umknie.

Z serialami trochę słabiej, bo mają z reguły dużo odcinków, ale mój ulubiony to ‚Sex w Wielkim Mieście’. Całkiem oklepany, ale co zrobić. Był nawet motywem przewodnim mojej pracy magisterskiej.

Dobrnęliśmy do końca. Aż sama jestem w szoku, że tyle tego jest, bo zaczynając, miałam tylko dwa przykłady: bycie piosenkarką i rozmowy z sobą samą. Podzielcie się z nami swoimi ‚guilty pleasures’.

Ściskamy,
Karo i Borys.

Żrę trawę!

Dzisiaj chciałabym podsumować moje 30 dni (w zasadzie to już ponad) na diecie bezmięsnej i beznabiałowej. Powiem tylko, że nie zrezygnowałam z jajek (i póki co nie mam zamiaru) oraz miodu. Sporadycznie pojawiał się nabiał, ale nie czuję z tego powodu wyrzutów sumienia. Bez zbędnego wstępu, przejdźmy do konkretów.
1. Ale dlaczego?
Odpowiedź jest bardzo prosta – z ciekawości. Zmęczyło mnie to, co jadłam. Lubię eksperymentować w kuchni, lubię poznawać nowe smaki, a dieta wegańska w owe smaki jest bardzo bogata. Po drugie, czułam, że jestem ociężała po tym, co jem i że nie sprawia mi to żadnej radości (a jedzenie jest jedną z najprzyjemniejszych rzeczy w życiu).
2. To co ty w ogóle jesz?!
Jem bardzo dużo różnych rzeczy i jeśli, w dzisiejszym świecie, ktoś nadal myśli, że żyję o główce sałaty dziennie, to ja się pytam czy ktoś się urwał z choinki? W sieci jest mnóstwo blogów poświęconych kuchni roślinnej (mój ulubiony to Jadłonomia) i każdy znajdzie coś dla siebie. Możecie mi wierzyć, że z fajnym przepisem nawet liść sałaty to mistrzostwo świata.
3. Ale to jest bardzo drogie.
Mówiąc szczerze, nie odczułam, żebym jakoś więcej wydawała na jedzenie, mimo że mój mąż i moje dziecko jedzą wszystko, więc wegańskie zakupy robię tylko dla siebie. Oczywiście, nie kupuję bardzo wymyślnych produktów i raczej unikam wegańskich zamienników kiełbasy, mleko roślinne kupuję rzadko, bo używam tylko do kawy. Bazuję głównie na łatwo dostępnych produktach – kasze, ryże, płatki owsiane, strączki, warzywa i owoce.
4. No a goście?
To może być faktycznie problem, bo jak się odnaleźć wśród niewegańskich gości? W ciągu tego miesiąca miałam kilka wizyt. W zasadzie wyglądało to tako, że albo brałam swoje jedzenie, które było dla każdego, oczywiście, lub osoba mnie zapraszająca wyczarowała coś dla mnie. Zdarzyło mi się również być gościem na komunii i cóż, na takich imprezach zawsze są ziemniaki, surówki i owoce, także z niczego nie trzeba rezygnować.
Jeśli natomiast rzecz się ma przyjmowania gości, to na stole pojawiały się bardzo tradycyjne rzeczy, głównie niewegańskie (dla gości), a jeśli miałam czas i ochotę, to przygotowywałam coś wegańskiego, częstowałam, a dopiero później informowałam z czego dana rzecz została wykonana. Zazwyczaj budziło to podziw, bo nikt by się nie spodziewał, że z wody po ciecierzycy można wyczarować ekstra mus czekoladowy albo że z batatów można upiec genialne pączki.
 
5. Więc co tak właściwie jadłam?
Jak już wspomniałam wcześniej, bardzo dużo gotowałam z bloga Jadłonomi, ale czasem wymyślałam jakieś swoje potrawy. Na śniadanie zdarzała się owsianka z owocami, ale jadłam też kanapki z masłem orzechowym i bananem. Internet jest pełen pomysłów i inspiracji, wystarczy chcieć.
Tu moje top 5 przepisów z Jadłonomi:

Mielone kalafiorowe
Pasta z fasoli i pieczonego czosnku – pasta, która zostaje z nami na zawsze. Mój mięsożerny mąż ją uwielbia.
Mus czekoladowy idealny
Rosołek – w zasadzie niczym nie odbiega od porządnego mięsnego rosołu.
Pieczone pączusie <3

Polecam Wam też spróbować kremu z pieczonych buraków z mlekiem kokosowym. Istny dowód na to, że buraczkowa nie musi być nudna.

Owszem, początki były trudne i bywało, że chodziłam głodna, ale teraz weszło mi to w krew i póki co, nie mam zamiaru z tego rezygnować. Szczególnie, że zeszła ze mnie opuchlizna, przestałam się budzić z bólem głowy i jestem na dobrej drodze do rozprawienia się z różnymi innymi uciążliwymi dolegliwościami.
Podsumowując, chwilowo nie mam potrzeby wracania do jedzenia mięsa, szczególnie, że zbliżają się upały i mam generalnie ochotę na coś lekkiego i pożywnego, na coś, co można przyrządzić szybko i nie ma potrzeby nadmiernego nagrzewania kuchni. Owszem, słyszę opinie od osób niewegańskich, że nie da się tym najeść. Usłyszałam nawet, że weganie częściej chorują na raka. Każdy ma prawo do własnego wyboru, ja nie jestem żadnym freakiem i nikogo do niczego nie zmuszam (o czym świadczy fakt, że w mojej lodówce znajdziecie kiełbasę mojego męża). Myślę, że taka zmiana diety powinna być dokładnie przemyślana i świadoma. Nie ma co się czarować – trzeba się nauczyć jeść od nowa, poznawać nowe smaki, eksperymentować. Początki są trudne, ale po sobie wiem, że warto, że jest fajnie, że nie chodzę zmęczona.
Jeśli macie jeszcze jakieś pytania – śmiało! Postaram się na wszystko odpowiedzieć.
Ściskamy,
Karo i Borys

Instynkt macierzyński, raz!

Dzisiaj kilka moich przemyśleń na temat instynktu macierzyńskiego. Czy w ogóle coś takiego istnieje?
Zawsze wydawało mi się, że ten instynkt mam. Lubię dzieci, lubię się nimi zajmować. I co najważniejsze – dzieci lubią mnie. Czyli definitywnie kobieta z instynktem. Tylko jak się to wszystko przekłada w praktyce?
Instynkt kojarzy mi się z czymś, co robimy instynktownie. Nie zastanawiamy się nad tym zbyt długo. Po prostu wiemy, że należy zrobić tak, a nie inaczej. Zanim jeszcze zostałam mamą, kiedy odwiedzałam moja kuzynkę, mamę trójki dzieci, zawsze zadawałam jej pytanie w stylu ‚ale skąd wiesz, że on/ona właśnie teraz chce jeść?’ albo ‚a skąd wiedziałaś, że to czas na zmianę pieluchy?’. Później, kiedy już sama byłam w ciąży, zastanawiałam się, skąd ja będę wiedziała, co mojemu dziecku dolega w danym momencie. Wszyscy mi wtedy odpowiadali, że zrobię to instynktownie i mam się niczym nie martwić.
17159265_1785271048165280_2331980652329258194_o
Wyposażona w taką wiedzę, poszłam urodzić pierworodnego i… mój instynkt nagle się gdzieś zgubił! Nie miałam zielonego pojęcia, jak zajmować się moim dzieckiem. Borys płakał, a był najedzony, więc znowu go karmiłam, a on znowu płakał (później okazało się, że to była nietolerancja laktozy). Byłam wykończona i zniechęcona, płakałam po kątach, bo nagle przyszła babcia i dziecko się zrobiło spokojne. Co więcej, wisiałam cały czas na telefonie z moją mamą, która, nawet będąc w pracy, instruowała mnie, co mam robić.
Dzisiaj, kiedy Borys jest już rocznym chłopcem, wiem, jak mam się nim zajmować (chociaż zdarza się, że jednak nie wiem) i mogę powiedzieć, że robię to ‚instynktownie’. Ostatnio była u mnie koleżanka (pozdrawiam, Martyna, bo wiem, że to czytasz) i z pozycji osoby bezdzietnej również zadawała mi pytania, że skąd ja wiem i że skąd ona będzie wiedziała.
Podsumowując, stwierdzam, że dzieci można lubić lub nie (ale kto nie lubi dzieci,halo?), można chcieć być rodzicem lub nie, ale z tymi deklaracjami o wrodzonym instynkcie lub jego braku raczej byłabym ostrożna. Po prostu, obcując z dzieckiem, uczymy się go i zajmujemy się nim instynktownie.
Ściaskamy,
Karo i Borys

12 lekcji na 12 miesięcy Boryska

12 miesięcy już za nami. 12 miesięcy wzlotów i upadków, szczęścia, strachu i niewiedzy. Z okazji skończonych 12 miesięcy mojego syna, napisałam 12 lekcji, których nauczyłam się o sobie od niego.
1) Cierpliwość
To chyba najtrudniejsza lekcja. Bo komu nie puszczają nerwy, kiedy dziecko płacze kolejną godzinę, a Wy nie jesteście w stanie w spokoju umyć zębów? No, dalej, ręką w górę!
Najgorsze było dla mnie pierwsze pięć tygodni. Bezdzietne koleżanki zapewniały, że noworodek to tylko zmiana pieluchy, karmienie i spanie. O zgrozo! Nic bardziej mylnego i niech żadna przyszła mama w to nie wierzy! Owszem, moje dziecię, oszołomione wymuszonym porodem, w szpitalu nie płakało, ale nadrobiło stracone dni zaraz po wyjściu.
Możecie mi wierzyć, że dni spędzone w płaczu, to nic miłego. Szczególnie wtedy gdy jesteśmy głodne, niewyspane i chciałybyśmy wypić letnią chociaż kawę (bo ciepła/gorąca to już rarytas wyższej rangi). Także, przyznaję, brakowało mi cierpliwości, także ze względu na to, że kończyłam studia, egzaminy za pasem, a nauka w lesie. Szczęśliwie, poznaliśmy problem naszego Malucha, płacz ustał, a cierpliwość pozostała (choć nie zawsze jest łatwo).
img_20160410_203623
2) Nie musi być perfekcyjnie, żeby było idealnie
Wiadomo, że każda mama by chciała, żeby było perfekcyjnie. Jednak spójrzmy prawdzie w oczy – tak się nie da! Fajnie jest, kiedy dziecko, po prostu jest dzieckiem. Nie pozuje perfekcyjnie do zdjęć, nie jest perfekcyjnie czyste i niekoniecznie perfekcyjnie zachowuje się wśród ludzi. Ale jest idealnie, jeśli dziecko jest szczęśliwe i czuje, że z całą swoją nieperfekcyjnością wciąż jest kochane i akceptowane.
13002396_10209322572607163_4661557968410054160_o
3) Wszystko się da.
Miniony rok uświadomił mi, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jest tylko złe podejście. Nie był to najłatwiejszy rok. Głównie ze względu na to, że przez większość dotychczasowego życia Borysa mierzyłam się z ukończeniem studiów (pisałam o tym TUTAJ). Kiedy ta walka dobiegła końca, nasze życie zmieniło się diametralnie – jesteśmy spokojni, wyluzowani i stawiamy na zabawę!
img_20160430_114501
4) Sztuka wybierania priorytetów
Kiedyś wszystko, co było na liście ‚to do’ było priorytetem. Od kiedy jest Borys, okazało się, że priorytetem jest poświęcanie mu czasu, wyjście z nim na spacer i przygotowanie posiłków.
borysblog
5) Jestem silniejsza niż mi się wydaje
I nie chodzi tu wcale o siłę fizyczną, ale psychiczną. Z natury jestem człowiekiem – bojągwą, ale ten rok nauczył mnie, że jeśli jest potrzeba, to jestem w stanie wszystko znieść bez mazgajenia się.
img_20160822_151101
6) Sztuka mówienia ‚nie’
Odmawianie raczej też nie jest moją mocną stroną. I to nie dlatego, że zawsze wszystko mi pasuje, ale dlatego, że nie chce być niemiła i kogoś urazić. Na szczęście, macierzyństwo nauczyło mnie, że nie mam obowiązku robienia czegoś wbrew mojej woli i zasadom. Po prostu, są sytuacje, w których trzeba odpowiedzieć ‚nie, dziękuję’.
img_20160906_130132_hdr
7) Nie wszyscy będą mnie lubić
No i ok. Nie muszą. I tak samo nie wszyscy będą popierać moje wybory jako matka. Ba! Nie wszyscy nawet będą popierać sposób, w jaki wychowuję moje dziecko. Dopóki moje dziecko jest szczęśliwe, będę postępowała po swojemu. Wbrew wszystkim negatywnym opiniom.
20161121-135553
 
8) Macierzyństwo pokazuje, kto jest prawdziwym przyjacielem
Tak, tak. Z moich obserwacji tak właśnie wynika. Już sama ciąża zweryfikowała wiele relacji. Mam w swoim kręgu osoby, które nie mają dzieci, ale mimo wszystko bardzo chętnie się z nami spotykają. Mówiąc ‚nami’ mam na myśli mnie i Borysa. I nie przeszkadza im, że Borys pół spotkania piszczy, bo akurat ma taką myśl. One nadal są. To chyba coś znaczy.
img_20160822_151101
9) Otwórz się na nowe znajomości
Tak, jak dzieci nawiązują nowe przyjaźnie w piaskownicy, tak samo my dorośli powinniśmy do tego podchodzić ‚na luzie’. Mi ten rok przyniósł kilka nowych, ciekawych znajomości. Takich zupełnie na luzie i bez zbędnego nadęcia. Niektóre były bardzo nieoczekiwane. I właśnie te są najlepsze!
dsc_1009
10) Mamy rozmawiają głównie o dzieciach
To trochę punkt z przymrużeniem oka. Którego absolutnie nie krytykuję. Po prostu tak jest. Mamy wymieniają się doświadczeniem, przeżyciami. Radzą się siebie wzajemnie. No tak po prostu jest, że głównym tematem są dzieci, mąż i problemy z teściową. Piąteczka!
img_20161103_151608_hdr
11) Dziecko wszystko zmienia
Naprawdę zmienia. Nie znaczy to wcale, że na gorsze. Zmienia dużo na lepsze. Ja, np. przestałam się AŻ tak przejmować opinią innych (ale cały czas nad tym pracuję). Nauczyłam się odpuszczać (a to też nie było łatwe, bo jako zodiakalny lew lubię być królową). Dziecko zmienia postrzeganie świata i siebie samego. I z tego miejsca mówię, że nigdy wcześniej nie czułam się tak dobrze sama ze sobą jak właśnie teraz, będąc mamą. I nigdy nie czułam się tak świadoma swoich wartości, jak teraz.
dsc_4236-2
12) Mama też człowiek
I teraz bez zbędnej ściemy i lukrowania. Macierzyństwo nie jest łatwą sprawą. To ciężka praca psychiczno – fizyczna, a szef jest bardzo wymagający, nie chodzi na kompromisy i nie zadowala się półśrodkami. Jest bardzo wymagający i wymaga naszego zaangażowania 24h na dobę.
Bycie w domu z dzieckiem bardzo zachęca do spędzania dnia w rozciągniętym dresie, bez makijażu i z fryzurą, a la ‚kocia kupka’ na czubku głowy. Wiem, co mówię, bo miewam takie dni.
Mimo wszystko, mama to nadal człowiek i nadal kobieta! I teraz, z tego miejsca, chcę podziękować mojemu mężowi za to, że od samego początku pozwalał mi na dbanie o tę kobiecość. Siłownia w godzinach kąpieli? No problem, mój mąż to ogarnął, a ja mogłam spokojnie wyginać się na jodze. Popołudnie na plotkach z koleżanką? Nie ma sprawy – bawcie się dobrze.
dsc_4585
 
To chyba najbardziej wzruszający post. Borys dzisiaj kończy rok. Wszystkiego najlepszego, Synku.
Ściskamy,
Karo i Borys

Jak wypracowaliśmy u Borysa stały rytm dnia i dlaczego wolimy wcześnie wstawać?

Dzisiaj o tym, jak to się stało, że wypracowaliśmy stały rytm dnia i dlaczego wolimy mieć wolny wieczór w zamian za wczesny poranek.
Od samego początku moja mama mi mówiła, jak ważne jest wprowadzenie dziecku stałego rytmu dnia. W zasadzie najpierw słuchałam tego z przymrużeniem oka, bo jak ustabilizować noworodkowi dzień? Mimo wszystko, uznałam, że może to jednak dobra rada i tak oto, nasze dziecko ma regularne posiłki, regularne drzemki i o tej samej godzinie zasypia.
dsc_4102
Być może wiele osób tego nie zrozumie, ale u nas prowadzimy dzień pod dziecko, czyli funkcjonujemy tak, żeby Borysowi było jak najbardziej komfortowo. Skutkuje to często tym, że miłe posiedzenia ze znajomymi kończą się szybciej niż byśmy chcieli.
Myślę, że duży wpływ na taką regulację miał fakt, że Borysek bardzo krótko był karmiony piersią i szybko przeszliśmy na mleko modyfikowane, dzięki temu dokładnie wiedzieliśmy, o której wypadnie godzina karmienia (zawsze, z zegarkiem w ręku, były to 3 godziny). Jeśli chcieliśmy gdzieś wyjść, to organizowaliśmy się tak, żeby wyjść w krótkim odstępie czasu po wcześniejszym karmieniu i dotrzeć na miejsce na jakiś czas przed następnym.
Oprócz regularnych godzin posiłków i drzemek, obowiązuje nas jeszcze jedna czynność, a jest nią codzienna kąpiel. Wiem, że niektórzy rodzice nie są zwolennikami codziennych kąpieli. Borys pluskanie w wodzie kocha od samego początku i wydaje mi się, że kąpiel jest dla niego znakiem, że czas się wyciszyć i przygotować do snu.
img_20170308_193918_hdr
Jak zatem wygląda nasz typowy dzień?
Wstajemy między 6 – 7. Oczywiście, głównym budzikiem jest Borys i to on decyduje,jak wcześnie zaczniemy dzień.
O godzinie 10 Borys ma drzemkę, która zazwyczaj trwa ok. 1,5h, ale zdarza się, że trwa i 2, a czasem tylko 40 minut.
Po drzemce wychodzimy na spacer, który trwa 1,5h.
Ok.godziny 14 Borys je obiad. Od kilku dni vBorys je sam i w tym czasie, ja też jem swój obiad. Wcześniej najpierw był nakarmiony młodzieniec i dopiero wtedy siadałam do swojego posiłku.
Ok. 15:30 Borys ma drugą drzemkę i ta trwa godzinę. Nawet, jeśli chciałby pospać dłużej, to i tak go budzę, żeby poszedł wcześniej spać na noc.
Koło godziny 19:00 Borys idzie do kąpieli. Ten wieczorny rytuał trwa ok. 30 minut (pluskanie w wodzie + wieczorna pielęgnacja).
Przed godziną 20 jest czas na ostatnie mleko na noc. Zazwyczaj Borys zasypia w trakcie jedzenia, ale zdarza się, że nie zasypia. Wtedy odkładamy go do łóżeczka i po pewnym czasie zasypia sam. Niezmiennie usypia go szum z misia szumisia.
img_20170308_150256_hdr
Mówiąc szczerze, ten stały rytm dnia jest chyba moją największą dumą w dotychczasowym wychowaniu dziecka. Jesteśmy w stanie zorganizować sobie nasz dzień.
I teraz odpowiedź na pytanie, dlaczego wolimy wcześnie wstawać. Wiadomo, że czasem wolałabym pospać do 8, leniwie poleżeć w łóżku do 9 i dopiero zacząć dzień. Wczesne wstawanie ma jednak swoje plusy. Przede wszystkim – nasz dzień trwa dłużej i jesteśmy w stanie zrobić dużo więcej. A po drugie, Borys wcześnie wstaje i wcześnie chodzi spać, więc wieczory mamy dla siebie.
A jaką metodę Wy stosujecie? Podzielcie się w komentarzach.
Ściskamy,
Karo i Borys

Moja organizacja czasu

Z organizacją czasu bywa u mnie bardzo różnie. A w zasadzie, wpadam ze skrajności w skrajność, czyli albo wypisywałam całą masę zadań do zrobienia i faktycznie je realizowałam, tylko po to, żeby udowodnić całemu światu, że się nie obijam na macierzyńskim, albo, oprócz najważniejszych obowiązków, nie robiłam zupełnie nic. I w jednym, i w drugim przypadku nie rezerwowałam czasu dla siebie, na trening, domowe SPA czy wieczór z książką. Powiem więcej, i w jednym, i w drugim przypadku kończyłam dzień bardzo zmęczona nadmiarem bzdurnych zadań albo lenistwem.

Od jakiegoś czasu zaczęłam analizować co robię nie tak i jak temu zapobiec. Generalnie, lubię mieć więcej obowiązków, bo wtedy mam poczucie, że jestem przydatna i że wykorzystuję czas, więc dzień nie będzie zmarnowany, z drugiej jednak usilne zapełnianie dnia bzdurami wzbudzało wewnętrzną frustrację.

Myślałam nad tym długo, jak to wszystko rozwiązać, żeby wilk był syty i owca cała, czyli żeby obowiązki były wykonane, ale żeby był też czas na przyjemności.

 

na-bloga3

Przede wszystkim, zaczynam dzień razem z moim synem, czyli ok. 7. Wcześniej, jak mąż był w domu, trochę to wykorzystywałam i dosypiałam. Nie był to zbyt rozsądny pomysł, bo budziłam się z gigantycznym bólem głowy i wcale wyspana się nie czułam. Teraz wprowadziłam zasadę wcześnie się kłaść i wcześnie wstać.
Po drugie, nie ukrywam, że lubię poleżeć dłużej w łóżku i jeszcze przed śniadaniem przejrzeć cały Internet, czyli głównie Instagram. Walczę z tym cały czas, bo jest to największy pochłaniacz czasu. Teraz, kiedy Borys jest nakarmiony i widzę, że nie usiedzieć w łóżku ani minuty dłużej, wychodzę z niego razem z nim i rozpoczynam swój dzień. Zazwyczaj jest to koło godziny 8. Zaczynam dzień szklanką ciepłej wody z cytryną, bo jest to pierwszy krok do wypicia 1,5l wody w ciągu dnia.
na-bloga2
Kolejnym etapem jest to, żeby przed pierwszą drzemką Borysa wykonać najważniejsze zadania danego dnia (albo przynajmniej je zacząć). Każdego dnia jest to coś innego, np. ugotować obiady (dla nas i dla Borysa), wstawić pranie czy posprzątać. W trakcie drzemki zawsze mogę te czynności już tylko dokończyć albo wypić w spokoju kawę i np. wstawić nowy wpis albo zrobić trening.
na-bloga1
Cały czas się w takim podejściu doskonalę, zdarza mi się błądzić i jednak gdzieś zawalić. W końcu nikt nie jestem robotem i czasem zdarza się kryzys, ale się nie poddaję, bo widzę, jakie plusy z tego płyną.
Miłego piątku,
Karo i Borys

Placuszki owsiane z kremem orzechowo – daktylowym

A teraz coś dla osób dbających o linię. Albo i niedbających, ale lubiących (jak ja) zjeść smacznie i zdrowo. Z minimalnym nakładem czasu, oczywiście. Zatem proszę bardzo, oto jest, pycha przepis. Sztućce w dłoń, będzie uczta!

Jedyne, czego potrzebujemy, to:

3/4 szklanki płatków owsianych (u mnie górskie
1/2 banana
1 jajko
Plaster twarogu półtłustego lub chudego (może być duży plaster)
Łyżka syropu klonowego (albo miodu, co tam lubicie. Albo bez niczego)

Wszystkie składniki mieszamy razem i voila! Smażymy na kropli oleju z obydwu stron.

img_20170220_111146_hdr

Teraz przyszedł czas na krem.

Potrzebujemy:

3/4 szklanki daktyli
Trochę orzechów (u mnie zwykłe arachidowe bez soli)

Daktyle i orzechy zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na 30 min (żeby zmiękły). Następnie blendujemy na masę gładką (lub mniej gładką). Smarujecie nasze placuszki i zajadacie ze smakiem!

Życzymy smacznego,

Karo i Borys

Mama na studiach

Jak już pewnie spora część z Was wie z naszego Instagrama wraz z końcem stycznia zakończyłam też ostatni etap moich studiów, zdobywając tytuł magistra. Nie ukrywam, że droga ta była długa i pewnym momencie wymknęła mi się spod kontroli. I właśnie dzisiaj trochę moich przemyśleń na temat łączenia macierzyństwa ze studiami.

Zaczynając od początku. Po ukończeniu studiów licencjackich w moim rodzinnym mieście, zdecydowałam, że studia magisterskie zrobię zaocznie w Warszawie. Niby nie taki zły pomysł, bo to TYLKO dwie godziny pociągiem. I faktycznie, dopóki nie zaszłam w ciążę, nie było to aż tak uciążliwe (chociaż w Złotych Tarasach spędziłam łącznie z 7 dni z mojego życia, czekając na pociąg powrotny). Schody zaczęły się później.

Po pierwsze, wraz z rosnącym brzuchem dojazdy stały się trochę uciążliwe (szczególnie wstawanie zimą o 5:30!). Kto nigdy nie studiował zaocznie, pewnie nie wie też, że w ciągu dwóch dni trzeba zrealizować tygodniowy plan zajęć. Wiąże się to z tym, że moje zajęcia w soboty zaczynały się o 9:00, a kończyły o 19:30. Chyba nie muszę dodawać, że na koniec „uciekałam” z ostatnich zajęć, bo najzwyczajniej w świecie nie dawałam rady już siedzieć. No i trzeba było złapać pociąg do domu.

Po drugie, w ostatnim semestrze byłam już blisko porodu, więc na zajęciach nie pojawiałam się w ogóle. Na szczęście, wykładowcy byli na tyle wyrozumiali, że nie brali mojej nieobecności pod uwagę, po prostu musiałam samodzielnie nadrabiać materiał i regularnie się z niego rozliczać. Miało to swoje plusy o tyle, że mimo braku notatek, byłam idealnie przygotowana do egzaminów końcowych.

Niby nadal nie ma dramatu, więc gdzie te schody, hm? Ponieważ musiałam opracowywać materiał sama, poświęcałam się temu w 100%. Nie wiedziałam, jak to będzie po porodzie, więc chciałam mieć takie sprawy skończone wcześniej, żeby później nie zawracać sobie nimi głowy, tylko poświęcić się dziecku. Co więcej, z tyłu głowy wciąż miałam historię idealnego macierzyństwa opowiedzianą mi przez moją bezdzietną koleżankę, że noworodek to tylko się karmi, załatwia i śpi, więc – no need to worry, co tam znaczą studia z maluchem – pikuś! Z tym oto wyidealizowanym podejściem na spokojnie urodziłam zdrowego chłopczyka, zaniedbując pisanie pracy magisterskiej.

Reszty chyba nie trzeba dopisywać. Macierzyństwo nie jest lukrowe, a moje dziecko nie było tym śpiącym całe dnie brzdącem z opowieści rzeczonej koleżanki. Jak to się wszystko potoczyło?

Obrona, ba, nawet samo złożenie pracy mocno przeciągnęło się w czasie. Do opieki nad maluchem musiałam zaangażować całą rodzinę. Dosłownie – całą rodzinę. Chyba nie ma osoby, która nie brałaby w tym udziału.

Teraz, kiedy emocje już opadły (bo lubię być kujonem. Jeszcze jakieś studia? No problem, zgłaszam się!) i ta tęsknota za studenckim życiem zmalała, dostrzegam, jak wiele frustracji we mnie było przez te niedokończone sprawy. Mogę śmiało powiedzieć, że całe to myślenie, że muszę jeszcze zdać egzamin, muszę jeszcze napisać pracę, muszę jeszcze jechać odebrać poprawki, sprawiło, że nie wykorzystałam radości z macierzyństwa tak, jakbym mogła to zrobić, gdybym jeszcze w trakcie ciąży lepiej to wszystko rozplanowała.

To nie jest tak, że czegoś żałuję, ale wiem, ile to kosztuje wyrzeczeń. I wiem, że jest ciężko. I wiem, że nie można być Zosią Samosią. I że trzeba dumę schować do kieszeni i prosić o pomoc. Ale wiem też, że studiowanie z małym dzieckiem nie jest niemożliwe (z Borysem u boku była to najlepiej zdana sesja w całej mojej karierze!).

Są tu jakieś jeszcze studiujące mamy? Jeśli tak, to koniecznie podzielcie się swoją opinią na ten temat.

Ściskamy,

Karo i Borys

Mamo, zwolnij!

dsc_3589

W natłoku codziennych spraw, często gnamy, realizujemy zadania z listy ‚do zrobienia’, zapominając tym samym o nas – mamach.

Pod koniec dnia bywam zmęczona, a nawet i rozdrażniona. W szczególnie trudnych dniach staram się znaleźć czas tylko dla mnie. Czas, w którym mogę pomyśleć, odpocząć i z impetem zacząć następny dzień.

1. Kawa. Dużo kawy.

Zawsze duża, zawsze między godziną 10 a 11. Uwielbiam. Niby nic, a jednak działa. Lubię ją wypić w ciszy i spokoju, z koleżanką, w pociągu. W trakcie sprzątania, w trakcie gotowania. Podczas spaceru z Borysem. Obojętne. Kawa to dla mnie rodzaj luksusu, na który pozwalam sobie codziennie.

2. Książka.

Kto lubi czytać – ręka w górę! Chyba nic nie odpręża bardziej niż kilka stron przed snem. Serio, dużo lepsze niż przeglądanie Instagrama.

dsc_3606

3. Kąpiel.

Ciepła, z pianą, w ciszy i spokoju. I teraz wyznanie: zazwyczaj, nawet w trakcie brania prysznica, towarzyszy mi Youtube. Albo nadrabiam zaległości na moich ulubionych kanałach, albo słucham muzyki. Ale w te szczególnie gwarne dni idę sama ze sobą.

I uwaga! Wcale nie trzeba angażować tatusia do opieki nad latoroślą. Zdarza mi się kąpiel w ciągu dnia, w trakcie drzemki mojego malucha. Jest tylko jeden warunek – trzeba iść niezwłocznie po tym, jak bobas zaśnie.

4. Trening.

Nie, nie chodzę na siłownię. Odpalam trening w domu (wiem, że są przeciwnicy Ewy Chodakowskiej, ale ja jej ćwiczenia lubię i nikt mi nie zabroni). Często nawet nie czekam, aż Borys zaśnie. Jeśli jest w dobrym humorze (a naprawdę bawią go dziwne wygibasy rodzicielki), to 40 minut mam gwarantowane. Jeśli humor nie dopisuje, to wykorzystuje tyle czasu, na ile dziecko mi pozwala.

5. Spacer.

Jestem w tej uprzywilejowanej sytuacji, że moje dziecko na spacerach śpi. Zazwyczaj wykorzystuję to na pogaduchy z koleżankami. Jeśli głowę mam przeładowaną treścią, po prostu idę. Czasem słucham podcastów, a czasem dźwięków ulicy. Nie da się ukryć, że wszyscy korzystają i wszyscy są szczęśliwi. (no i można to też zaliczyć jako aktywność fizyczną).

6. Medytacja.

Nie, nie potrafię medytować. Nie potrafię oczyścić głowy z myśli. Znam jednak jeden fajny sposób na totalne wyciszenie i odprężenie (polecam przed snem), tzw. medytacja spokojnego serca. Polega to tylko na skupieniu się na oddechu (więcej przeczytacie TUTAJ).

Koniecznie dajcie znać, jakie są Wasze metody na odprężenie się po ciężkim dniu (albo w ogóle, co lubicie robić, kiedy macie czas tylko dla siebie)