Guilty pleasures – czyli co robi mama, kiedy nikt nie widzi?

zdjecie-na-blog

Kiedyś przeczytałam podobny wpis u Styledigger i zaczęłam intensywnie myśleć nad tym, jakie ja skrywam „wstydliwe przyjemności”. Wiecie, takie rzeczy, które robimy, ale których trochę się wstydzimy, ale mimo wszystko robimy je dalej, bo są takie przyjemne.

Gotowi? Zaczynamy!

1. Śpiewam do pilota.
Robię to namiętnie od zawsze. Teraz już nawet się z tym nie kryję przed moim mężem i synem. Po prostu włączam moje ulubione piosenki (wymaganie: muszę znać cały tekst), biorę pilot i… zaczynam koncert!
Naprawdę uważam, że moje miejsce powinno być na scenie (w pewnym sensie się spełniam – jako nauczyciel zdecydowanie często jestem w centrum uwagi, tylko publiczność bywa różna), ale z niewiadomych przyczyn Bóg nie obdarzył mnie głosem. Ani żadnym innym talentem, który mogłabym na scenę przenieść.

2. Mówię sama do siebie. Po angielsku.
Kiedyś tata mi powiedział,że czasem warto z kimś mądrym porozmawiać. Zatem s’il vous plâit, znalazłam idealnego kompana. Po pierwsze odpowiada dokładnie w taki sposób, w jaki bym sobie tego życzyła, w dodatku mówi po angielsku. Z tym angielskim to chyba bardziej zboczenie zawodowe i potrzeba mówienia po angielsku, szczególnie w długich przerwach od nauczania, żeby, po prostu, nie wypaść z rytmu. Ale po polsku też do siebie mówię, także chyba powinnam się z tym gdzieś zgłosić.

3. Udzielam wywiadów, bo jestem znaną doktor nauk humanistycznych.
Skoro już się przyznałam, że mówię sama do siebie, rozmawiam sama ze sobą i doskonale siebie rozumiem, to przyznam się od razu, że często ‚udzielam’ wyimaginowanych wywiadów, jako poważana pani doktor nauk humanistycznych w dziedzinie kultury amerykańskiej. Każdy kto mnie dobrze zna wie, że doktorat to moje marzenie (na które, niestety, nie mam funduszy), a kto mnie zna jeszcze lepiej ten wie, że chciałabym zasłynąć w świecie czymś fajnym i pożytecznym. Żeby ludzie cenili sobie moją wiedzę i zaangażowanie w mój zawód. O!

4. Prowadząc samochód, wyobrażam sobie, że…
… że śmigam ulicami Kalifornii, a nasz poczciwy Opel, to tak naprawdę odjechany kabriolet, a ja mam rozwiany włos, który wcale nie staje się czesaną wiatrem czupryna a’ la Bridget Jones. Myślę, że to sprawka zbyt wielką miłością do serialu, który leciał na MTV ‚Laguna Beach’, a swoją kontynuację miał pod nazwą ‚The Hills’ z czarującą Lauren Conrad w roli głównej.

5. Często się zastanawiam, co by było ‚gdyby’.
To akurat jest trochę ciężkie ‚guilty pleasure’, bo bywam trochę uwięziona w przeszłości, jak postaci z powiesci Faulknera. Często rozmyślam, co by było gdyby – gdybym poszła inną drogą, poznała innych ludzi, zaryzykowała, poszła pod prąd albo wcześniej przejrzała na oczy, w niektórych kwestiach. Albo się zastanawiam, jaką bym była nastolatką, mając taką wiedzę o życiu, jaką mam teraz.

Z drugiej strony, lubię sobie wyobrażać życie ludzi, których podziwiam i zastanawiać się, jak to by było być nimi przez jeden dzień. Ech.

6. Czasem czytam po rosyjsku i opowiadam Borysowi rosyjski wierszyk.
No z powołaniem filologa się nie wygra, definitywnie! Język rosyjski jest zdecydowanie moim ulubionym. Nie jestem w nim bardzo biegła, mogłabym rzec, że więcej już nie pamiętam niż pamiętam, ale uwielbiam brzmienie tego języka – ta miękkość, i ta ‚słowiańskość’. Odlot.

7. Namiętnie oglądam ukochane filmy/seriale.
Każdy już wie, że jeśli w telewizji leci Kogel Mogel, a ja nie jestem o tym poinformowana, to natychmiast trzeba mnie uświadomić. To samo, jeśli leci ‚Masz wiadomość’. Dialogi znam na pamięć i nic mi nie umknie.

Z serialami trochę słabiej, bo mają z reguły dużo odcinków, ale mój ulubiony to ‚Sex w Wielkim Mieście’. Całkiem oklepany, ale co zrobić. Był nawet motywem przewodnim mojej pracy magisterskiej.

Dobrnęliśmy do końca. Aż sama jestem w szoku, że tyle tego jest, bo zaczynając, miałam tylko dwa przykłady: bycie piosenkarką i rozmowy z sobą samą. Podzielcie się z nami swoimi ‚guilty pleasures’.

Ściskamy,
Karo i Borys.