Mama na studiach

Jak już pewnie spora część z Was wie z naszego Instagrama wraz z końcem stycznia zakończyłam też ostatni etap moich studiów, zdobywając tytuł magistra. Nie ukrywam, że droga ta była długa i pewnym momencie wymknęła mi się spod kontroli. I właśnie dzisiaj trochę moich przemyśleń na temat łączenia macierzyństwa ze studiami.

Zaczynając od początku. Po ukończeniu studiów licencjackich w moim rodzinnym mieście, zdecydowałam, że studia magisterskie zrobię zaocznie w Warszawie. Niby nie taki zły pomysł, bo to TYLKO dwie godziny pociągiem. I faktycznie, dopóki nie zaszłam w ciążę, nie było to aż tak uciążliwe (chociaż w Złotych Tarasach spędziłam łącznie z 7 dni z mojego życia, czekając na pociąg powrotny). Schody zaczęły się później.

Po pierwsze, wraz z rosnącym brzuchem dojazdy stały się trochę uciążliwe (szczególnie wstawanie zimą o 5:30!). Kto nigdy nie studiował zaocznie, pewnie nie wie też, że w ciągu dwóch dni trzeba zrealizować tygodniowy plan zajęć. Wiąże się to z tym, że moje zajęcia w soboty zaczynały się o 9:00, a kończyły o 19:30. Chyba nie muszę dodawać, że na koniec „uciekałam” z ostatnich zajęć, bo najzwyczajniej w świecie nie dawałam rady już siedzieć. No i trzeba było złapać pociąg do domu.

Po drugie, w ostatnim semestrze byłam już blisko porodu, więc na zajęciach nie pojawiałam się w ogóle. Na szczęście, wykładowcy byli na tyle wyrozumiali, że nie brali mojej nieobecności pod uwagę, po prostu musiałam samodzielnie nadrabiać materiał i regularnie się z niego rozliczać. Miało to swoje plusy o tyle, że mimo braku notatek, byłam idealnie przygotowana do egzaminów końcowych.

Niby nadal nie ma dramatu, więc gdzie te schody, hm? Ponieważ musiałam opracowywać materiał sama, poświęcałam się temu w 100%. Nie wiedziałam, jak to będzie po porodzie, więc chciałam mieć takie sprawy skończone wcześniej, żeby później nie zawracać sobie nimi głowy, tylko poświęcić się dziecku. Co więcej, z tyłu głowy wciąż miałam historię idealnego macierzyństwa opowiedzianą mi przez moją bezdzietną koleżankę, że noworodek to tylko się karmi, załatwia i śpi, więc – no need to worry, co tam znaczą studia z maluchem – pikuś! Z tym oto wyidealizowanym podejściem na spokojnie urodziłam zdrowego chłopczyka, zaniedbując pisanie pracy magisterskiej.

Reszty chyba nie trzeba dopisywać. Macierzyństwo nie jest lukrowe, a moje dziecko nie było tym śpiącym całe dnie brzdącem z opowieści rzeczonej koleżanki. Jak to się wszystko potoczyło?

Obrona, ba, nawet samo złożenie pracy mocno przeciągnęło się w czasie. Do opieki nad maluchem musiałam zaangażować całą rodzinę. Dosłownie – całą rodzinę. Chyba nie ma osoby, która nie brałaby w tym udziału.

Teraz, kiedy emocje już opadły (bo lubię być kujonem. Jeszcze jakieś studia? No problem, zgłaszam się!) i ta tęsknota za studenckim życiem zmalała, dostrzegam, jak wiele frustracji we mnie było przez te niedokończone sprawy. Mogę śmiało powiedzieć, że całe to myślenie, że muszę jeszcze zdać egzamin, muszę jeszcze napisać pracę, muszę jeszcze jechać odebrać poprawki, sprawiło, że nie wykorzystałam radości z macierzyństwa tak, jakbym mogła to zrobić, gdybym jeszcze w trakcie ciąży lepiej to wszystko rozplanowała.

To nie jest tak, że czegoś żałuję, ale wiem, ile to kosztuje wyrzeczeń. I wiem, że jest ciężko. I wiem, że nie można być Zosią Samosią. I że trzeba dumę schować do kieszeni i prosić o pomoc. Ale wiem też, że studiowanie z małym dzieckiem nie jest niemożliwe (z Borysem u boku była to najlepiej zdana sesja w całej mojej karierze!).

Są tu jakieś jeszcze studiujące mamy? Jeśli tak, to koniecznie podzielcie się swoją opinią na ten temat.

Ściskamy,

Karo i Borys

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *